Chyba zawsze kochałam konie…

15 Kwi Chyba zawsze kochałam konie…

Konie od zawsze były moja pasją, od kiedy je zobaczyłam.

Moje pierwsze wspomnienie zwiazane z nimi kojarzy mi się z wizytą w stajni, do której zabrała mnie mama w przepiękny letni dzień. Zapamiętałam ten specyficzny zapach, delikatny kurz unoszący się w powietrzu i jeźdźców na koniach galopujących po placu. Choć miałam wtedy dopiero 3 lata zafascynowała mnie ta atmosfera i wszystko dookoła. Zamarzyłam nad wszystko nauczyć się jeździć konno. Już wtedy wiedziałam, że konie staną się moim życiem.

Początki bywają trudne…

Ja w wieku 8 lat na klaczy Elza. Chyba tym razem celowo stoję przy ogrodzeniu pozując do zdjęcia :)

Ja w wieku 8 lat na klaczy Elza. Chyba tym razem celowo stoję przy ogrodzeniu pozując do zdjęcia :)

Naukę jazdy konnej rozpoczęłam w wieku 7 lat, w małej, obskurnej, całkowicie nieprofesjonalnej stajni. W tamtych czasach mało które dziecko miało szansę trenować na kucykach, otrzymałam wiec dużego konia, kompletnie nieprzygotowanego, zwłaszcza dla małej dziewczynki. Moje lekcje wyglądały przeważnie tak, że siedziałam na koniu, nie mogąc ruszyć się w żadną stronę. Nie raz płakałam przy tym z bezsilności, bo koń kompletnie się mnie nie słuchał. Zdarzało się, że koń wystraszył się czegoś i ruszał galopem, przewożąc mnie w inne miejsce placu, po czym znów parkował przy ogrodzeniu. Instruktor nie był w stanie nauczyc mnie zbyt wiele, nie wiem dlaczego? Ale nawet teraz niewiele bym pewnie zdziałała na takim koniu (który przez cały tydzień stał zamknięty w stajni, w dodatku nie w boxie tylko w stanowisku, a weekendy miał po 6-7 godzin jazd!) no i w takim sprzecie, (spojrzcie sami na te zdjęcia). Całe szczęście, że nie skończyło się to dla mnie jakimś groźnym wypadkiem. Pomimo to, do dziś pamiętam imiona moich dwóch pierwszych klaczy – Ilonka i Elza, a moja cheć do jazdy była tak wielka, że nie poddalam się mimo wszystkich niepowodzeń. W końcu nauczyłam się odjeżdżać od ogrodzenia, skręcać i nawet pokonałam cavaletti.

Jeśli chcecie dobrze i w bezpieczny sposób nauczyć się jeździć konno…

… i w dodatku, aby jazda konna sprawiała przyjemność, sprawdzajcie stajnie i instruktorów. Dobre ośrodki posiadają certyfikat PZJ i zatrudniają instruktorów z odpowiednimi uprawnieniami. Czytajcie opinie. Unikajcie wakacyjnych wyjazdów w teren na nieznanych koniach. Znam parę osób, które wróciły w gipsie z takich wypraw! Pamiętajcie również, że chcąc pozbyć się złych nawyków nabytych poprzez nieumiejętną jazdę prowadzoną przez mało doświadczonego instruktora, musicie wykonać tysiąc prawidłowych powtórzeń. Po co tracić czas?

monika-sitarska-legia2

W wieku 11lat z Falą przed treningiem

Legia…

Majac 11 lat, chyba jakimś cudem trafiłam na Legię w Starej Miłosnej. Pierwszy raz zobaczyłam wtedy prawdziwy sport. Kryta hala, ogromny teren z torem stiplowym, parkur, czworobok, karuzela, piękne duże stajnie, no i przede wszystkim wspaniale zadbane konie. Po kilku latach spędzonych w małej stajence, z wychudzonymi szkapami i kulbakami, to był dla mnie inny świat! Początkowo jeździłam dwa razy w tygodniu, w szkółce. Na moich ukochanych koniach – Fali i Talizmanie pokonywałam pierwsze przeszkody i coraz bardziej wchodziłam w świat jeździectwa.

Największy problem miałam z galopem. Pomimo, że skakałam przez przeszkody, zagalopowania na Fali, były moją piętą achillesową. (Liczyłam zawsze na to, że po skoczonej przeszkodzie Fala sama będzie galopować a potem jakoś będzie szło :). Trenowalam zawzięcie, marząc o tym, aby dostać się do grupy juniorów prowadzonej przez Panią Trener Annę Piasecką. Szczęśliwie to marzenie spełniło się i w wieku 13 lat rozpoczęłam na poważnie regularne treningi 5 razy w tygodniu.

W wieku 12 lat na Talizmanie

W wieku 12 lat na Talizmanie

Był to wspaniały czas nauki skoków i ujeżdzenia. Dysponowaliśmy świetnymi końmi, które zakończyły karierę WKKW pod seniorami. Doświadczeni „profesorowie” tak naprawdę przewozili nas przez pierwsze parkury i czworoboki. Teraz niestety mało juniorów ma szansę trenować na tak zrobionych koniach, wielka szkoda. Mój zapał do jazdy rósł z miesiąca na miesiąc, a moją miłością stał sie wtedy Dymitr – rzeczniańskej hodowli gniady folblut.

Dymitr podczas treningu skokowego na Legii latem 1991r.

Dymitr podczas treningu skokowego na Legii latem 1991r.

Uwielbiałam na nim jeździć, a w szczególnosci skakać, choć nie był to super łatwy koń. Z wielkim sentymentem wspominam wogóle tamte czasy, przede wszystkim cudownych rówieśników, z którymi codziennie widywalam się na treningach i spędzałam mnóstwo czasu. Moje przyjaźnie z tamtych lat przetrwały do dziś, choć większość osób, z którymi trenowałam, nie ma już nic wspólnego z końmi. Uwielbiałam także profesjonalizm naszej Pani Trener. Była dla nas prawdziwym GURU. Kończąc trening, nie mogłam już się doczekać następnego – znacie to uczucie? Była niesamowicie uporządkowana, uczyła nas systematyczności i konsekwentnej pracy z końmi. No i przede wszystkim super jeździła! Treningi były przemyślane w każdym szczególe, a Pani Trener z wielkim zaangażowaniem podchodziła do każdego ze swoich juniorów. Bardzo dużo się od niej uczyliśmy. Była bardzo wymagająca i nigdy nie dawała taryfy ulgowej. To był prawdziwy sport.
Moim wielkim marzeniem były starty w zawodach… cdn. 🙂

No Comments

Post A Comment